poniedziałek, 26 czerwca 2017

Paryżanie mają swoją własną Prowansję! Czyli Święto Lawendy 2017.

Jeeeeny, jak pachnie w całym domu!  Wróciłam wczoraj do domu obładowana torbami świeżo ściętej lawendy, a także zapachowymi saszetkami już zasuszonej. Nie zapłaciłam za to złamanego euro. A jeszcze dodatkowo świetnie się bawiłam i odpoczywałam. Niby nic, niby tylko trochę kwiecia, zapachu i piknik na trawie... A jednak! Obiecaliśmy sobie wpisać Święto Lawendy (Fête de la Lavande) w nasz coroczny czerwcowy kalendarz.


Lawenda kojarzy się z Francją. To jasne. A może bardziej na odwrót - to Francja kojarzy się z lawendą? Z prowansalskim pejzażem obłędnie fioletowych pól ciągnących się na słonecznym horyzoncie. Prowansja - któż z nas by nie chciał zobaczyć tego na żywo? Ja zawsze marzyłam. I rzeczywiście, któregoś dnia tam dotarłam, ale do momentu kwitnienia lawendy pozostały jeszcze wówczas dwa dobre miesiące. Na pociechę zakupiłam sobie wtedy klasyczny lawendowy zestaw, czyli mydełka i saszetki zapachowe, plus fioletowy ręczniczek do łazienki gratis. I wróciłam szczęśliwa. No to wyobraźcie sobie, z jakim bananem na ustach wróciłam wczoraj! Lawendowe gadżety kupicie w każdym turystycznym butiku we Francji. Ale okazuje się, że możecie je mieć za darmo!



Impreza ma miejsce co roku, w czerwcu, w Saint-Germain-en-Laye, kilkanaście kilometrów od Paryża. Teren, na którym odbywa się event, jest ogromny, zielony, piękny, blisko nabrzeża Sekwany, idealny na piknik. Organizatorem wydarzenia jest SIAAP (Syndicat interdépartemental pour l'assainissement de l'agglomération parisienne) - organizacja publiczna, która na tym terenie prowadzi ogromną inwestycję budowy oczyszczalni wody. W związku z tym organizowane są różne animacje, a także atelier, gdzie można zobaczyć sam proces oczyszczania wody i poznać różne ciekawostki związane z technologią oczyszczania. Nie zabrakło oczywiście atrakcji dla dzieci, takich jak pedagogiczne atelier we wspomnianej tematyce wody czy dla młodszych - przejażdżki na kucykach. Teren jest spory i przemieszczanie się po nim zajmuje trochę czasu, dlatego organizatorzy zadbali o specjalne kolejki rodem z Disneylandu, którymi można było jeździć do woli. Muszę przyznać, że nawet my mieliśmy świetny ubaw, a przy cudnej pogodzie i sielskim krajobrazie, taka przejażdżka stanowiła prawdziwą przyjemność. 











A co z lawendą? Otóż naprzeciw ogromnego parkingu (darmowy) znajduje się spore pole lawendy i jej kilku odmian. Na pierwszy rzut oka nie wyglądało to za specjalnie. Upały ostatniego tygodnia zrobiły swoje i z podsłuchanych rozmów ludzi, którzy najwyraźniej bywają tu co roku, wywnioskowaliśmy, że lawenda bywała w lepszej kondycji. Ale to był tylko pierwszy rzut oka, bo wystarczyło przesunąć się w głąb poletka, żeby odkryć naprawdę piękne krzaki lawendy. Sam widok ludzi buszujących po polu w kapeluszach słomkowych i z nożyczkami w rekach był całkiem zabawny. Ale mniej zabawny był fakt, kiedy Muszkieter uświadomił mi, że oto wybraliśmy się na zrywanie kwiatów bez sekatora ani nawet mini nożyczek... Cóż za amatorszczyzna! ;) Musieliśmy wyglądać dość groteskowo, a może nawet nieco żałośnie, skoro pewien pan podszedł do nas i zaproponował swoje nożyczki... Miło, bo przyznaję, że wróciłam z pozdzieranymi do krwi palcami dłoni. A jak wygląda zrywanie lawendy w praktyce? Otóż przy wejściu otrzymujecie papierowe torby i ulotki z programem imprezy, a także wstążeczki do związywania kwiatów. Następnie udajecie się na poletko lawendy i hulaj duszo! Sami komponujecie swoje bukiety, ile chcecie, jakie chcecie, istne lawendowe szaleństwo. Widziałam ludzi, którzy przynosili własne ogromne torby i rwali jak szło. Tonami.








Rewelacyjną atrakcją była także możliwość zrobienia sobie zapachowych saszetek z suchej lawendy, które świetnie sprawdzają się jako sposób na nieprzyjemne zapachy w szafach i garderobie. W specjalnym atelier otrzymujecie puste torebki, które sami możecie sobie napełnić, bądź też dostajecie już uzupełnione. I co najlepsze, nie zauważyłam jakichś specjalnych limitów, niektórzy ładowali hurtowo!




Na całym terenie, gdzie odbywa się Święto Lawendy, znajdują się dystrybutory z darmową wodą pitną. Są też food tracki, gdzie można kupić sobie zimne piwko lub coś ciepłego na ząb. Mnóstwo miejsca na piknikowanie, czyli coś, co Francuzi najbardziej lubią. Wiele rodzin przybyło tu z połową swojego dobytku, a przynajmniej lodówki, i spędziło na trawce pachnącej lawendą całą niedzielę. Na sam koniec, po obfitych plonach, i my rozłożyliśmy swój kocyk na trawce. Tuż obok, przy drewnianych stoliczkach siedziały dwie sędziwe Francuzki i żywo dyskutując, układały swoje bukieciki. I wtedy mnie oświeciło! A co ja teraz właściwie z tą całą lawendą zrobię? Jak się to suszy? Wróciłam do domu i zapytałam wujka Gugla. ;) I tak siedzę dziś od rana i jak ten świstak składam gałązki lawendy... Aaaale pachnie!







Impreza zdecydowanie warta powtórki.



2 komentarze:

  1. Wszystko brzmi super! Ponadto to bardzo urokliwe miasteczko :)

    OdpowiedzUsuń