wtorek, 29 grudnia 2015

Za-trzymajcie się!

To prośba, propozycja, pożegnanie. Ruszamy do Polski. Zatrzymuję się, wyruszając w podróż - czyli to, co kocham najbardziej. Podróż wyjątkową, bo do Polski. Po kilku długich miesiącach.

Bagażnik pełen upominków. Lubię to strasznie - nic tak nie cieszy, jak możliwość obdarowania najbliższych, przywiezienia im smaków, obrazów i elementów mojej francuskiej codzienności i podzielenia się z nimi moim codziennym światem. Tym, co mnie urzeka i zachwyca na emigracji. A nade wszystko - jak cudownie móc przedłużyć sobie Święta!

To zabawne. Kiedyś marzyłam o sylwestrze w Paryżu, dziś wierzgam nogami ze szczęścia, że w sylwestra potańczę i pośpiewam w rytm polskiej muzyki. Że będą fajerwerki u sąsiadów za miedzą, którzy wyjdą o północy ze swoich domów, by złożyć życzenia wszystkim znajomym z osiedla. Że będzie msza św. w Nowy Rok i choć w 'zdrowiu wczorajszym', ale cała imprezowa dziatwa dzielnie uda się do Kościoła. Szampan będzie jednak francuski - prawdziwy, z bąbelkami. Bo z pewnością kolejny raz się przekonam. że największą wartością w emigracyjnym życiu jest możliwość czerpania z tego, co najlepsze w odmiennych kulturach.

Zanim jednak sylwester, szampan, fajerwerki i cekiny... 

Potrzebuję zatrzymania. Pomyślenia. Zapytania. Siebie i innych. Tych, których kocham. Sprawdzenia, czy uśmiechają się nadal, czy coś ich boli, gryzie, a co cieszy ostatnio. Bez ekranu monitora, bez zacinającego się skype'a i urwanego w pół zdania sygnału w telefonie. Bez ściemy. W realu. Face to face bez 'fejsa'. Trochę się boję, czy nie wypadłam z rytmu? Z realu? Czy nie ugrzęzłam z wygody pomiędzy tymi przyciskami? 

Real mi wszystko pokaże. Przefiltruje. Zalajkuje, zhejtuje lub zresetuje. I dobrze. Lifting życia się przyda. 

Tego Wam i Sobie w tym staro-noworocznym czasie życzę! Do usłyszenia w Nowym Roku!

czwartek, 24 grudnia 2015

Święta nieIDEALNE

Bardzo dobrze pamiętam pierwsze nieidealne Święta. A dokładniej pierwszy raz, kiedy uświadomiłam sobie, że nie są i nie muszą być idealne. A czasami po prostu nie mogą.

Pamiętam Święta, kiedy pusty talerz przestał być tylko tradycją, a stał się namacalnym symbolem pustki, braku i tęsknoty. Kiedy jego widok powodował ból i uścisk w żołądku. Gdy w trudnej ciszy, nad talerzami barszczu, słychać było przełykane łzy. Gdy zbyt trudne okazywało się spojrzenie sobie w oczy. Pierwsze Święta bez Dziadka. Święta, gdy w Wigilię żegnaliśmy naszego czworonożnego członka rodziny. Pamiętam Święta po bolesnych rozstaniach i rozczarowaniach miłosnych, kiedy tak trudno było się przełamać opłatkiem, bo słowa wypowiadanych życzeń nie przynosiły radości, a jedynie potęgowały smutek i niemoc. Święta, kiedy bolało bardziej niż w zwyczajny dzień, kiedy wszystko było nie takie, jakby się chciało, jak się marzyło... Święta inne, niż u Kevina, niż w reklamach i na pocztówkach, z których bije wszechogarniające szczęście, ciepło i miłość.


niedziela, 20 grudnia 2015

Francja w świątecznej odsłonie

Do Świąt pozostały... zaledwie trzy dni. Najwyższy czas zatem, żeby na blogu zrobiło się świątecznie! Zapraszam Was na wycieczkę po podparyskich miastach i miasteczkach udekorowanych kolorowymi światełkami, wielkimi bombkami, mikołajami spadającymi z dachów i reniferami stojącymi pośrodku ronda. Sami przekonajcie się, czy warto wyjeżdżać poza Paryż i smakować francuskiej małomiasteczkowej, i nie tylko, atmosfery. Ja zawsze będę się upierać, że warto! Bo to właśnie we francuskiej prowincji się zakochałam i darzę ją stałym uczuciem przez cały rok!
 
Świąteczną podróż rozpoczniemy jednak nie od prowincji, ale królewskiego Wersalu, który pokazałam Wam w ostatnim wpisie od nieco innej strony. Tym razem świąteczna odsłona.



poniedziałek, 14 grudnia 2015

Wersal, jakiego nie znacie

Z pierwszej wizyty w Wersalu pamiętam, jak zauroczyła mnie architektura miasta w jesiennej odsłonie, a następnie zniechęcenie, kiedy zobaczyliśmy ogromną kolejkę biletową przed pałacem, w której przyszło nam potem stać dobrą godzinę. Do dziś wspominam też, jak duszno i tłoczno było w komnatach i jak znużenie ogarnęło mnie w połowie zwiedzania... Rozczarowani opinią? No cóż, może to nie był najlepszy dzień na zwiedzanie, ale jeśli mogę Wam coś doradzić, to wybierając się do Wersalu, zabierzcie ze sobą dużą butelkę wody mineralnej i uzbrójcie się w cierpliwość. 



piątek, 11 grudnia 2015

W grudniu nad Sekwaną

Z czym Wam się kojarzy grudniowy spacer? Z mrozem? Śniegiem skrzypiącym pod butami? Parującym oddechem i szczypiącymi z zimna uszami? Z surowym krajobrazem? Jeśli na powyższe pytania odpowiedzieliście twierdząco, to uprzedzam, że tym wpisem zburzę Wasze wyobrażenie.

Był grudzień, słońce raziło w oczy, różowiły się kwiaty i zieleniła trawa. Drzewa nie zgubiły wszystkich liści, a kaczki i ptaki pluskały się entuzjastycznie w rzece. Tak było przedwczoraj. Nad Sekwaną. W moim ukochanym, podparyskim miasteczku La Frette sur Seine. Nie zamieniłabym tego miejsca na żaden Paryż, w którym zresztą miałam już wątpliwą przyjemność mieszkać. Chcę Wam pokazać, jak piękna i wyjątkowa jest ta małomiasteczkowa Francja i przekonać Was do tego, byście odwiedzając Paryż, wyjeżdżali także poza jego granice.

Zabieram Was na spacer w moje ukochane miejsce.



poniedziałek, 7 grudnia 2015

Przystanek Listopad

Postanowione. Co? Że na blogu będę zamieszczać podsumowania poszczególnych miesięcy. Dlaczego? Dlatego, że czas umyka jak szalony. Dzień za dniem, tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem... Życie jak w transie... Po co? Po to, by móc przystanąć i przez chwilę spojrzeć wstecz, dostrzegając wszystko to, co się wydarzyło: dobrego, trudnego, pięknego, poruszającego, rozwijającego... Ile kroków w tył, ile w przód. Myślę, że w tym biegu, nieuniknionym chyba, warto się pochylić przez moment nad przeszłością - ucieszyć się, że tyle dobrego się wydarzyło i zaczerpnąć siły i odwagi z podjętych wyzwań, działań i przeżytych trudnych chwil. Wszystko po to, by iść do przodu, bogatsi o doświadczenia i wiedzę - w nowy miesiąc. Zazwyczaj skupiamy się na tym, czego nie mamy, czego nie dostaliśmy, co byśmy chcieli... A to przecież studnia bez dna... Nieskończoność oczekiwań... Może więc lepiej zacząć nowe od docenienia tego, co było?
Zatem, zanim wejdziemy na dobre w grudzień, zapraszam Was na podsumowanie listopada.


czwartek, 26 listopada 2015

Chandra pod Wieżą Eiffla

Wczoraj był jeden z tych gorszych dni. Znacie to, prawda? Od rana ma się wrażenie, że wszystko sprzysięga się przeciwko nam, wszystko jest nie takie, życie uwiera, a na głowę leje się listopadowy deszcz... Wszystko jakieś takie szare, energii brak, choć tak bardzo chciałoby się, żeby było inaczej... Z takimi myślami wyszłam wczoraj z pracy i... O nie! - ryknęłam w myślach, po czym zawiozłam siebie pod Wieżę Eiffla. Tak, to jest mój sposób na chandrę - na chandrę największego kalibru, bo z mniejszymi sobie jakoś radzę, bez wycieczek...




poniedziałek, 23 listopada 2015

Gerberoy, czyli niespodzianek czar

Lubicie niespodzianki? Ja uwielbiam. A Muszkieter lubi je robić. Niestety, dość często o tym zapominam, aż do następnego razu, co skutkuje różnymi konsekwencjami, np. nienaładowanym aparatem fotograficznym, wtedy gdy bardzo, ale to bardzo by mi się przydał albo brakiem parasola, gdy leje jak z cebra, albo niestosownym do okoliczności strojem, kiedy ląduję w dżinsach na eleganckiej kolacji. Broń Boże nie narzekam, mam raczej żal do siebie, że nie jestem na co dzień bardziej przezorna ;)


I właśnie dwa tygodnie temu nadszedł taki dzień. Dzień niespodzianek, kiedy zostałam wpakowana do auta i wywieziona z domu. A dokładniej jakieś 100 km od domu. Zdążyłam, na szczęście, zabrać w ostatniej chwili, nienaładowany oczywiście, aparat fotograficzny, ale o parasolu przypomniałam sobie dopiero, gdy zaczęło kropić, a o wygodnym obuwiu - dopiero gdy utonęłam w liściach. Witaj przygodo! ;)

czwartek, 19 listopada 2015

Gdy terroryści strzelają, ja podróżuję impresjonistycznym pociągiem

Całkiem niedawno pisałam na blogu o Voyages ZEN, czyli o tym, jak francuskie koleje dbają o dobry nastrój pasażerów. Patrząc na statystyki odsłon, muszę powiedzieć, że temat chyba Wam się spodobał  ;)


Pozostaniemy więc w pociągu nieco dłużej, zwłaszcza że w kontekście ostatnich wydarzeń w Paryżu na podróże koleją pada nowe światło...

poniedziałek, 16 listopada 2015

W poszukiwaniu normalności...

Mój ukochany wrócił dziś do pracy. Ja mam jeszcze jeden wolny dzień. Próbuję sobie wyobrazić jutro. Układam myśli. Porządkuję głowę.

Potrzebuję dziś Was. W obliczu wydarzeń ostatnich dni, fali napływających informacji o rosnącej liczbie ofiar, o terrorystach, którzy zbiegli, o atakach zbiorowej paniki w miejscach publicznych Paryża, a także o masowych bombardowaniach Francuzów w Syrii... Potrzebuję Was... W obliczu fali nienawiści, strachu i szerzącego się zła... W obliczu tego, co się dzieje w ostatnich dniach, tego, co może się stać i tego, co będzie - potrzebuję dziś Was! Chodźcie tu proszę i dajcie znak, że jesteście. Że życie nadal jest piękne i dobre. Napiszcie w komentarzach, co dobrego dziś Was spotkało? Co pięknego i godnego uwagi dziś zobaczyliście, usłyszeliście? Słońce? Niesamowitą książkę? Fantastyczną piosenkę? Rudego kota? Szałową sukienkę? Pierwszy ząbek? Piątka z kolokwium? Zabukowany bilet na wakacje? Ktoś Was dziś przytulił? Wysłał miłego sms-a? Zrobił rano kawę? Powiódł się Wasz plan??????? Chodźcie i opowiedzcie mi te wszystkie dobre rzeczy i chwile, zalejcie morzem pozytywnej energii. Tego dziś właśnie potrzeba.






niedziela, 15 listopada 2015

Na przekór...

Po wietrznej nocy, nastał piękny, słoneczny dzień. Listopadowe niebo błękitne jak latem, samoloty kreślą nowe linie kolejnych podróży bliskich i dalekich. Temperatura 19°C, jakby na przekór tej porze roku. Słońce świeci na przekór ciemnym myślom, a ptaki - na przekór smutkowi i łzom - radośnie świergoczą. W boulangerie pachnie świeżym chlebem, sąsiad z dołu odkurza jak co niedzielę, a dzieci bawią się w ogrodzie. Świat trwa na przekór wszystkiemu. Paryż nadal żyje.




Dopiero dziś, patrząc na to słoneczne niebo, uświadomiłam sobie, jak ponura była wczoraj aura za oknem. Za oknem, ale i w głowie, i w sercu. Nie zarejestrowałam wczoraj, jaka była pogoda. Że było zimno, wietrznie, niebo przykryte szaro-burymi chmurami i deszcz przelotnie dzwoniący o szyby. Zupełnie jakby przyroda zjednoczyła się z nami w żałobie. Wczoraj wieczorem, po całej nocy i całym dniu spędzonych na wpatrywaniu się w monitory komputerów, po wypowiedzeniu słów niewypowiedzianych, po odpowiedzi na dziesiątki wiadomości i telefonów - spojrzeliśmy na siebie z Muszkieterem i powiedzieliśmy sobie: STOP. Więcej, dłużej, bardziej się nie da. Nie można. Ciężar jest zbyt wielki, emocje zbyt duże, pewnych rzeczy po prostu pojąć i zrozumieć się nie da. Potrzebny jest spokój. Nam, rodzinom ofiar, świadkom i światu. Wyłączyliśmy serwis informacyjny. Zapaliliśmy świeczki i otworzyliśmy wino. 

sobota, 14 listopada 2015

Obudziłam się dziś...

Obudziłam się dziś w innej, choć niby tej samej, rzeczywistości. Cisza za oknem, cisza w domu - uspokaja, a zarazem przeraża. Wczoraj, w domowym zaciszu obejrzeliśmy w Internecie mecz Polska-Islandia i poszliśmy spać. Zdążyliśmy zgasić światło, kiedy rozdzwoniły się nasze telefony - dosłownie w tym samym momencie. Spojrzeliśmy na siebie wymownie, przeczuwając, że to nie mógł być przypadek, że coś się stało. Od rodziny z Polski i przyjaciół z zagranicy dowiedzieliśmy się, co dzieje się w Paryżu, obok nas... Po ostatniej przeprowadzce nie mamy jeszcze TV... Ale mamy Internet. Noc była długa, a ciemność za oknem przerażająca, jak nigdy dotąd. Jakiekolwiek hałasy dobiegające z zewnątrz paraliżowały mnie jak nigdy w życiu, nawet bardziej niż wtedy, gdy w afrykańskiej ciemności, po raz pierwszy w życiu, usłyszałam odgłosy strzałów broni palnej... Przerażały bardziej, bo przecież jestem w Europie, jestem u siebie, w MOIM DOMU. Przerażały, bo w dzielnicy, w której pracuję na co dzień, zginęło wczoraj kilkanaście niewinnych osób, a w dzielnicy obok ponad sto... Przerażały, bo nie raz, nie dwa przechodziłam obok tych restauracji, obserwując ludzi siedzących na tarasach, popijających kawę, wystawiających twarze ku słońcu, roześmianych, w towarzystwie swoich przyjaciół. Wiem, ilu wczoraj, w piątkowy wieczór, mogło ich tam być... Mogłam być tam ja, mój ukochany, moi znajomi, koleżanka z pracy, która mieszka tuż obok... Mogłam być na tym koncercie i mógł tam być mój brat - meloman. Mogłam, mógł, mogli...

Źródło: J'aime le francais
Zdjęcie z prasy francuskiej, gdzie wokół kawiarnianego stolika - tak bardzo paryskiego symbolu, leżą ciała zakryte folią wstrząsnęło mną kompletnie i odjęło mowę. Nie ma słów, które pasują, których mogłabym dziś użyć, by wyrazić to, co czuję... A może właśnie nie potrzeba dziś nic mówić. Dziś pozostaje wymowna cisza, w której trzeba się odnaleźć, z którą trzeba się JAKOŚ oswoić, jakoś dalej żyć. Tak jak i oswoić strach, który w tych okolicznościach wcale nie ma wielkich oczu...

poniedziałek, 9 listopada 2015

Paryska niedziela

Wczoraj, po raz pierwszy od trzech miesięcy, miałam wolną od pracy niedzielę. I plan najambitniejszy z możliwych - wyspać się, a potem nie ruszać się z łóżka, pić kawę, jeść croissanty, czytać i oglądać to, na co mam tylko ochotę. Ale wiadomo jak to z planami bywa ;) Zrealizowałam wprawdzie bez problemu punkt pierwszy i drugi, ale gdy tylko do sypialni przedostały się pierwsze promienie słońca, wyskoczyłam z łóżka, wpakowałam się do pociągu i pojechałam do Paryża. 









czwartek, 5 listopada 2015

Voyages ZEN, czyli o tym, jak francuskie koleje dbają o dobry nastrój pasażerów

Wczoraj był jeden z pierwszych, prawdziwie jesiennych poranków. Zimno, wiatr szarpał parasole, deszcz chlapał nieprzyjemnie. No i ta ciemność: niebo zasnute całkowicie ciężkimi chmurami. Pasażerowie w pośpiechu i z ulgą wsiadali do pociągu. Ja też, czym prędzej umościłam się na pierwszym z brzegu siedzeniu, poddając się z przyjemnością wyższej niż na zewnątrz temperaturze. Sucho. Nie leje się za kołnierz. Jest dobrze.


Krajobraz za oknem nieciekawy. Bezbarwny. Świat rozmazany w kroplach deszczu. Niewiele widać przez szyby. To wszystko potęgowało wrażenie przytulności pociągu. Kiedy tak rozmyślałam nad tym rozpoczynającym się dość nieciekawie dniu, przemknął mi nagle... motyl. Tak! Motyl! Piękny, kolorowy, poruszał delikatnie swoimi fantazyjnymi skrzydełkami. A potem złote łany zbóż kołyszące się na wietrze, w letnim słońcu. A potem krystaliczne fale wody z głębią błękitnego nieba w tle. A potem łąki i kielichy fioletowych i czerwonych kwiatów... Nie, nie śniłam. Nie spadłam z fotela ani nie uderzyłam się w głowę. Nie miałam przywidzeń. O takie atrakcje zadbało bowiem SNCF, czyli Narodowe Towarzystwo Kolei Francuskich. Te, niemalże bajkowe, wiosenne obrazy to krótkie filmy reklamowe wyświetlane na specjalnych ekranach, które spotkać można w najnowszych modelach podparyskich pociągów. Spoty promują tzw. region Il-de-France, czyli paryską aglomerację. Zazwyczaj są to zdjęcia najpopularniejszych obiektów turystycznych, takich jak Wieża Eiffla, Wersal czy muzea. Ale wczorajsze obrazki - tak kolorowe, pełne słońca i najrozmaitszych bogactw przyrody przerosły moje wszelkie oczekiwania, wydawały się tak niesamowite i wręcz nierealnie sielskie w zestawieniu z aurą zza okna... Serce rwało się do nich z tęsknoty za słońcem i wiosenno-letnią feerią kolorów. Spot zaopatrzony był jednym wymownym hasłem: Voyages ZEN...

wtorek, 3 listopada 2015

Odkąd zmarł mój Dziadek...

Odkąd zmarł mój Dziadek, Babcia, co roku, 1 listopada, zaprasza naszą całą rodzinę do siebie. Jest to jedna z najweselszych i najpiękniejszych imprez rodzinnych w ciągu roku. Bo tego chciałby Dziadek - powtarza nam zawsze Babcia. Rzeczywiście - Dziadek był pogodnym człowiekiem, obdarzonym dużym poczuciem humoru. Uwielbiał spotkania towarzyskie, a dom Dziadków zawsze tętnił życiem - był otwarty dla wszystkich i niezwykle gościnny. Pamiętam ten nieustanny gwar i ruch w kuchni i ciągle obecne ciasto na przykrytym obrusem stole kuchennym. Dziadka nie ma z nami już wiele lat, ale zawsze w dzień Wszystkich Świętych wspominamy go z uśmiechem przy suto zastawionym przez niezawodną Babcię stole. Atmosfera tych spotkań jest niezapomniana. 






Ten rok to już drugi z kolei, kiedy musiałam pracować w Święto Zmarłych. Nie mogłam być w Polsce z najbliższymi. Nie mogłam zapalić znicza na grobach przynajmniej kilku bardzo dla mnie ważnych osób. W takie dni tęskni się szczególnie mocno za tymi, których już nie ma na ziemskim świecie, ale chyba jeszcze bardziej za tymi, którzy wciąż żyją, ale są daleko...

niedziela, 1 listopada 2015

Halloween pod Paryżem

Rozczaruję Was. Nie byłam wczoraj na żadnej halloweenowej imprezie ani też takowej nie organizowałam. Z ciekawością jednak obserwowałam Francuzów i ich przygotowania do wieczornej maskarady. A było na co popatrzeć - w metrze, na ulicach i sobotnich marché. Szczerze mówiąc to nie miałam pojęcia, że ten amerykański zwyczaj tak się tutaj przyjął. Paryż Paryżem, ale moja podparyska wioska???


czwartek, 29 października 2015

Poznajmy się bliżej, czyli odpowiadam na pytania w ramach Liebster Blog Award!

Słowem wstępu chciałabym się przyznać, bez fałszywej skromności, że ciągle uważam się za początkującą blogerkę, wszak niebawem minie dopiero pół roku, odkąd założyłam swoją stronę. A może i aż pół roku? Tym bardziej czuję się wyróżniona i cieszę się niezmiernie, że ktoś tu zagląda, poczytuje mnie, a nawet chce wiedzieć coś więcej na temat mnie samej. I dlatego w sposób szczególny dziękuję Nice z bloga Francuskie i inne notatki Niki, która zaprosiła mnie do zabawy w ramach Liebster Blog Award i zadała mi kilka pytań. Podziękowania podwójne, bo skłoniła mnie w ten sposób do trochę innego spojrzenia na temat blogowania i konieczności wyjścia poza tzw. strefę komfortu i odsłonięcia siebie nieco bardziej przed czytelnikami. Bo prawdą jest, że istnieje coś takiego jak próżne nieco założenie blogera, że to on i tylko on będzie decydował o tym, na ile się ujawni i pokaże siebie. A tu proszę - ktoś Cię zaprasza do rozmowy, do wspólnej zabawy i wymiany myśli i refleksji na temat Twojej własnej osoby i Twojego życia, zadając Ci konkretne pytania ;) Miło i kiedy poczytałam sobie odpowiedzi autorek innych blogów, zobaczyłam jak fantastyczne osoby kryją się po tej drugiej stronie i pomyślałam wówczas, że to świetna idea ;) Czytelnikom przysługuje wielkie i święte prawo do tego, by wiedzieć, z kim mają do czynienia ;) Zatem zapraszam Was do poczytania moich odpowiedzi :)

Czy Wiesz, co chciałabyś robić za pięć lat?
Dynamizm mojego życia pokazuje, że za pięć lat mogę być w zupełnie innym miejscu niż teraz – tak fizycznie, jak i duchowo. Mogę być tutaj - we Francji, mogę być w Polsce albo na zupełnie innym kontynencie. Wiem na pewno, że za pięć lat chciałabym być w miejscu, w którym będę się rozwijać i spełniać na rożnych płaszczyznach życia, bo to właśnie poczucie spełnienia - nawet częściowe - daje szczęście. No i nie wyobrażam sobie życia bez podroży, które są dla mnie jak powietrze. A żeby nie było, że ogólnikami się wymiguję od konkretnej odpowiedzi ;), to - mówiąc o moim życiu za pięć lat - widzę obrazek, na którym w przerwach, pomiędzy podróżami, mieszkam w podparyskim domku z ogródkiem i kolorowymi okiennicami, otoczona ukochanymi osobami, pracuję w swoim zawodzie i... mówię biegle po francusku ;)





Podróż Twych marzeń?

Tak naprawdę każda moja podroż zaczyna się od marzenia. Ale mam to szczęście, że podróż marzeń już właściwie zrealizowałam, a teraz chciałabym tam wrócić. Chciałabym wrócić do Afryki, gdzie mieszkałam i pracowałam przez ponad pół roku jako wolontariuszka. To były najpiękniejsze i najbardziej ubogacające miesiące mojego życia. Chciałabym wrócić do wspaniałych ludzi, których tam spotkałam i z którymi pracowałam, a które ciągle są bliskie mojemu sercu. Afryka to jedna z największych miłości mojego życia. Jest dla mnie także symbolem spełnienia, ziszczonego marzenia, dowodem na to, że nierealne może stać się rzeczywistością, jeśli tylko czegoś się bardzo pragnie, tak z głębi serca i w dobrej wierze. Wyjazd do Afryki dal mi poczucie, że wszystko jest możliwe. Jeśli tylko tego bardzo pragnę i nie boję się po to sięgnąć. Życie po powrocie i to, gdzie jestem teraz, tylko mi to potwierdza :)





poniedziałek, 12 października 2015

"Święto Winobrania" na Montmartre



"Święto Winobrania" na Montmartre (Fête des Vendanges de Montmartre) to coroczna impreza w Paryżu, która ściąga pod bazylikę Sacré Coeur tłumy mieszkańców i turystów. Klimat, z którego na co dzień słynie ta wyjątkowa, paryska dzielnica, posiadająca niebywałą, artystyczną duszę, nabiera zdwojonej intensywności w przestrzeni uroczych wąskich uliczek wypełnionych po brzegi rozradowanym i wyluzowanym towarzystwem, w gwarze kawiarnianych stolików i dźwięku szkła tłuczonego w ramach wznoszonych toastów. Montmartre świętuje pełną parą i pełnymi kieliszkami czerwonego lub białego wina. Bo to właśnie ono jest bohaterem głównym tego październikowego weekendu w Paryżu. Wszak jesień to czas zbiorów. Czas winobrania.

niedziela, 4 października 2015

Przystanek: Arras

Nie lubię niewykorzystanych okazji w życiu, a jeśli tych okazji nie ma, to wychodzę z założenia, że trzeba je sobie stworzyć samemu. Dlatego były trzy powody, dla których postanowiliśmy pojechać do Arras. Pierwszy - program w TV, drugi - Europejskie Dni Dziedzictwa Narodowego i trzeci - piękna, wczesnojesienna pogoda. 





wtorek, 15 września 2015

Wtorkowe popołudnie

Popołudnie. Zwyczajne. Wtorkowe.

Złote słońce wpada balkonowym oknem i odbija się w kieliszkach z różowym winem. Samolot przymierza się do lądowania. Pranie suszy się w salonie. Cisza. Niezmącona radiem ani telewizorem. Żadnych uchodźców, ataków terrorystycznych, referendum i bezrobocia. Żadnych silikonowych piosenek z przytupem w rytmie disco. Szumią jesiennie już drzewa w ogrodzie. Spoglądam na drzemiącego Muszkietera. Słyszę jego spokojny, równy oddech. Oddech po ciężkim dniu w pracy. Oddech, w którym jest spokój, wytchnienie i radość ze zwyczajnego popołudnia w domowym zaciszu.





Kolejny samolot będzie za chwile lądować. Pasy bezpieczeństwa, uśmiechnięte stewardessy, ciśnienie, prędkość, obniżanie lotu, pilot, hamowanie, brawa, bagaże... A u nas popołudnie. Zwyczajne. Wtorkowe. Cisza. Zapach poobiedni w mieszkaniu. Złote słońce wypełnia salon, kładzie się na żółtych ścianach, przegląda w kieliszkach z różowym winem. Próbuje dosięgnąć czoła śpiącego Muszkietera. Otula schnące pranie.



Byliśmy dziś oglądać mieszkanie. To, w którym jesteśmy - uwielbiamy, ale musimy je opuścić. Długo szukaliśmy, pytaliśmy, dowiadywaliśmy się i studiowaliśmy oferty w Internecie. Za każdym razem ostatecznie kończyło się na smutku, że musimy stąd wyjechać. W międzyczasie, w tym samym budynku, zwolniły się dwa mieszkania. Nie zdążyliśmy ani w jednym, ani w drugim przypadku. Nie mogliśmy tego przeboleć. W końcu pogodziliśmy się, z tym, że musimy opuścić to miejsce - ten balkon i widok na lśniącą w słońcu Sekwanę. Te szumiące pod oknem drzewa i obłędnie śpiewające ptaki o świcie. Nasz ulubiony sklep i boulangerie z najpyszniejszymi na świecie, chrupiącymi bagietkami. Sąsiadów, od których uczyłam się francuskiego, Panią Marię dbającą o perfekcyjny porządek w okolicy posesji i rude koty z sąsiedztwa. Wszystko znane, oswojone, nasze. I kiedy już pogodziliśmy się z tym, że musimy to nasze gniazdo opuścić - stał się cud. Pani Maria któregoś dnia zaczepiła nas na klatce schodowej i z niekrytą radością wręczyła nr telefonu do właściciela jednego z mieszkań w tym samym budynku, w którym mieszkamy. Jego lokator ze względów zawodowych musiał się nagle wyprowadzić. Tym razem nie zwlekaliśmy ani chwili. Wzięliśmy to mieszkanie w ciemno. Wiedzieliśmy, że nic nam innego nie potrzeba, że to mieszkanie czekało na nas. Apartament na tym samym piętrze, w tym samym układzie, z takim samym dużym balkonem i z jeszcze lepszym widokiem na rzekę! Jakaż była nasza radość, kiedy dziś podczas wizyty okazało się, że to mieszkanie nie tylko jest niemalże takie samo jak to obecne, ale posiada jeszcze lepsze rozwiązania przestrzenne. Dodatkowo właściciel robi gruntowny remont łazienki i odświeża cały apartament. Po rekomendacji, jaką dała nam Pani Maria, właściciel nie szuka nikogo innego i jest zdecydowany wynająć je właśnie nam. W październiku możemy się wprowadzać. Hurra! Bez pośrednictwa agencji, kosmicznych prowizji, bez kombinowania, przeciągania sprawy i zabawy w kolekcjonowanie milionów dokumentów. I w bardzo rozsądnej cenie. Ci, którzy kiedykolwiek mieli do czynienia z szukaniem mieszkania we Francji wiedzą, że złapaliśmy Pana Boga za nogi. Albo to On nas przygarnął ;)









Popołudnie zmierza ku wieczorowi. Słońce zalewa swym złotym ciepłem cały salon. W dali lśni Sekwana. Pranie wyschło. Na kolację będzie jajecznica. Różowe wino się kończy. Muszkieter się obudził.

Kończy się dzień.Wtorkowe popołudnie.

Wyjątkowe w swej zwyczajności.